Gen. Gielerak: Czekają nas trudne dni, jednak to ostatnie tygodnie epidemii, jaką znamy
  • Katarzyna PinkoszAutor:Katarzyna Pinkosz

Gen. Gielerak: Czekają nas trudne dni, jednak to ostatnie tygodnie epidemii, jaką znamy

Dodano: 19
Gen. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie
Gen. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie / Źródło: PAP / Radek Pietruszka
To ostatnie 5-6 tygodni epidemii, jaką znamy z jej najgorszej strony. Prognozuję, że kolejnej takiej fali nie będzie. Do końca wakacji powinniśmy osiągnąć poziom 65-70 proc. osób uodpornionych, co radykalnie zmniejszy transmisję wirusa. Zakładam też, że wirus będzie mutował w kierunku mniejszej zjadliwości. Najbliższa jesień zdecydowanie powinna należeć do nas, a nie do wirusa – ocenia gen. dyw. prof. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego. Mówi też, jak należy pilnie skorygować strategię walki z COVID-19.

Czekają nas trudne tygodnie epidemii?

Tak, mamy bardzo dużą liczbę zakażonych, co w kolejnych dniach i tygodniach przełoży się na liczbę osób przebywających w szpitalach. Będzie to wymagało od systemu ochrony zdrowia bardzo dużej mobilizacji. Startujemy z innego poziomu niż jesienią, trzecia fala rozpoczynała się, gdy rezerwy systemu ochrony zdrowia były już w pewien sposób wyczerpane. Do tego liczba zakażeń jest dużo większa, podobnie jak zjadliwość dominującego wśród zakażonych wariantu brytyjskiego. Sądzę, że po świętach będziemy mieli przez pewien czas stabilizację, a następnie trend zmniejszającej się liczby zakażeń.

Szpital WIM ma ogromne doświadczenie w leczeniu COVID-19; od pierwszej misji w Lombardii, w której uczestniczyliście. Mówił pan, że COVID-19 to choroba ciężka i podstępna, jednak poddaje się leczeniu, pod warunkiem, że zrobi się to odpowiednio wcześnie.

Trzeba trafić w „okno terapeutyczne”, które zamyka się ok. 7-9. doby od początku wystąpienia objawów. Po tym okresie podawanie leków przeciwwirusowych czy osocza ozdrowieńców jest działaniem daremnym, na pewno przyniesie znacznie mniej korzyści, a może nawet (jak pokazują wyniki niektórych badań) szkodzić. Niestety, pacjenci zbyt długo sami leczą się w domu, objawy narastają, faza wiremii przechodzi w fazę aktywacji układu immunologicznego. Z objawami masywnego immunologicznego zapalenia płuc i niewydolności oddechowej trafiają do szpitala, kiedy nie ma już możliwości leczenia przyczynowego (przeciwwirusowego).

Już na etapie opieki domowej leczenie powinno być inne?

Bardzo dobrym pomysłem było wprowadzenie Domowej Opieki Medycznej (DOM), rzecz jednak w tym, że pacjent musi do tego systemu trafić. To gwarantuje, że ma na bieżąco monitorowane parametry życiowe, w tym saturację. To bardzo ważne, szczególnie u osób młodych. Osoby starsze mają ograniczoną rezerwę oddechową, szybciej, to znaczy na wcześniejszym etapie choroby doświadczają objawów niewydolności oddechowej. Wcześniej zgłaszają się do lekarza, kiedy zastosowane leczenie ma szansę przynieść efekty. Osoby młode mają dużą rezerwę oddechową, późno zgłaszają się po pomoc, często w momencie zajęcia 60-70 proc. płuc, gdyż dopiero wtedy odczuwają duszność, która skłania je do zgłoszenia się po pomoc. Są już jednak na etapie choroby, który wyklucza możliwość leczenia przyczynowego.

Młode osoby nie zauważają niewydolności oddechowej? Tym można tłumaczyć fakt, często podkreślany w okresie trzeciej fali, że tak dużo osób młodych ciężko przechodzi COVID?

Zdecydowana większość młodych osób uważa, że objawy ustąpią. Jeśli temperatura powyżej 38℃ utrzymuje się przez kolejne 4-5 dni, to nie ma na co czekać. Konieczne jest też sprawdzanie saturacji. Monitorując w ten sposób stan chorego, jesteśmy w stanie skuteczniej identyfikować ryzyko, jakim jest zapalenie płuc, co spowoduje mniejszą liczbę zgonów i powikłań.

Coraz częściej pacjent w lżejszym stanie nie ma szans znaleźć się w szpitalu. System się załamał.

Pacjenci na początku choroby nie wymagają pobytu w szpitalu. Powinni znajdować się pod opieką lekarza POZ lub w systemie DOM – po to, by monitorować ich stan, określić moment, kiedy hospitalizacja stanie się konieczna. Szpital jest ostatecznością. Podstawą walki z takim rodzajem i skalą zakażeń, jaką mamy do czynienia, jest system POZ, a nie szpitale. Epidemia unaoczniła z całą mocą słabość polskiego systemu ochrony zdrowia, dla którego fundamentem opieki są szpitale i/lub ich jednostki organizacyjne np. SOR traktowane nazbyt często jako punkty diagnostyki ambulatoryjnej. Ograniczenia w dostępie do lekarza oraz w nadzorze medycznym nad zakażonymi doprowadzają w wielu wypadkach do progresji choroby i hospitalizacji na późnym etapie choroby, kiedy możliwości terapeutyczne są już znacznie ograniczone. Gorąco polecam nasz raport z misji we Włoszech, w którym dużo miejsca poświęciliśmy sposobowi prowadzenia opieki nad zakażonymi przez tamtejszych lekarzy rodzinnych, w tym stosowaniu prostych, a jednocześnie skutecznych narzędzi oceniających stopień zaawansowania choroby. Wiele z nich, jak np. protokół oceny wyników badań radiologicznych płuc czy praktyka prowadzenia opieki nad chorym pozostającym w izolacji domowej, z powodzeniem mogą służyć za standard postępowania medycznego.

Szpital WIM ma dwa szpitale tymczasowe, w tym jeden modułowy. Czym różni się on od innych tymczasowych szpitali?

Cechą tej placówki jest jej modułowość i mobilność, pozwalająca na multiplikację w każdym miejscu w kraju. W razie wystąpienia szczytu zakażeń, ale także każdego zdarzenia masowego wymagającego prowadzenia na danym terenie zabiegów medycznych ratujących życie, będziemy dysponować placówką medyczną mającą możliwość prowadzenia intensywnej terapii u 65 pacjentów jednocześnie. Od początku kierowaliśmy się przekonaniem, że jednostka tymczasowa powinna być kompletna, czyli zdolna do udzielania świadczeń medycznych chorym z COVID-19 na najwyższym poziomie, zamiast pełnić rolę ogniwa pośredniego pomiędzy szpitalem stacjonarnym a ambulatorium.

Obecna sytuacja komplikuje funkcjonowanie szpitali stacjonarnych, są one zmuszone do leczenia pacjentów covidowych, ponieważ szpitale tymczasowe nie mają w pełni takich kompetencji. Nasz szpital modułowy to 60-łóżkowa jednostka, z łóżkami respiratorowymi. W WIM mamy dziś 250 pacjentów covidowych i 60 miejsc respiratorowych. Jeśli będzie taka potrzeba, a poważnie bierzemy to pod uwagę, tę ostatnią liczbę powiększymy, ponieważ szpital modułowy jest przystosowany do tego, by zamienić wszystkie swoje miejsca na respiratorowe. To jest istota walki z pandemią. W Polsce od kilku dni codziennie ubywa ok. 500 respiratorów, które zajmują pacjenci covidowi. Wymagają oni wentylacji często przez 2-3 tygodnie, co niesie ryzyko wystąpienia ograniczeń w dostępie do miejsc intensywnej terapii, które obok wyspecjalizowanego personelu są fundamentem prowadzenia skutecznej walki z epidemią, miernikiem wydolności systemu. Z doświadczeń misji medycznych we Włoszech i USA wiemy, że o gotowości systemu ochrony zdrowia decyduje nie tyle liczba łóżek w szpitalach, czy nawet liczba respiratorów, ile liczba miejsc intensywnej terapii. Na tym skupiliśmy się, przygotowując dwa szpitale tymczasowe, którymi zawiaduje WIM. Co równie ważne z punktu widzenia prowadzenia maksymalnie efektywnej opieki, opracowaliśmy i wdrożyliśmy system etapowej kwalifikacji pacjentów do leczenia. Pacjenci covidowi trafiają do szpitala WIM na Szaserów, tu odbywa się ich kwalifikacja. Jeśli przebieg choroby jest ciężki, pozostają w szpitalu modułowym. Jeśli lżejszy, trafiają do szpitala tymczasowego na Okęciu. Obie jednostki są doskonale wyposażone i przygotowane do leczenia chorych z COVID-19, jednak dostępność szpitala klinicznego w przypadku jednostki modułowej decyduje o nadrzędnej funkcji, jaka została przypisana szpitalowi modułowemu.

Co dziś należałoby pilnie zmienić, jeśli chodzi o taktykę walki z pandemią. Nie długofalowo, tylko teraz?

Dziś to nie jest czas na zmianę strategii. Została ona wypracowana, jest realizowana, dziś możemy ocenić jej skutki i podejmować doraźne działania operacyjne korygujące. W pierwszej kolejności powinniśmy skupić się na jak najlepszym wykorzystaniu kadry medycznej, jaką dysponujemy oraz przygotowaniu dodatkowych miejsc leczenia, odpowiadających potrzebom chorych z COVID-19. Przy tym tempie ubywania miejsc intensywnej opieki – respiratorowych – istnieje poważne ryzyko wystąpienia ich deficytu, co w mojej ocenie jest dziś największym zagrożeniem prowadzenia skutecznej walki o zdrowie i życie chorych. Na najbliższe 5-6 tygodni musimy dokonać pełnej mobilizacji systemu. Uważam, że dysponujemy takimi możliwościami. Na terenie samej Warszawy mają swoją siedzibę duże szpitale kliniczne, instytuty medyczne, przy udziale których można dokonać wsparcia działań medycznych podejmowanych w walce z pandemią. Są zasoby sprzętu i infrastruktury medycznej, doskonale wykształconej kadry. Dysponujemy poważnymi rezerwami, pozostaje tylko ich użyć w sposób celowy, adekwatny do bieżących potrzeb.

Jeśli ktoś potrzebuje motywacji, to jeszcze raz powtórzę: to ostatnie 5-6 tygodni epidemii, ostatnia jej „fala”. Warto dokonać wysiłku, abyśmy za niedługo mogli z dumą i satysfakcją spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: „Sprawdziliśmy się w roli, do jakiej fachowo przygotowywaliśmy się przez całe dorosłe życie. W pełni zasługujemy na uznanie tych, którzy obdarzyli nas najwyższym zaufaniem powierzając swoje zdrowie i życie”.

To są ostatnie 5-6 tygodni tej epidemii? Nie będzie czwartej fali jesienią?

To ostatnie 5-6 tygodni epidemii, jaką znamy z jej najgorszej strony. Prognozuję, że kolejnej takiej fali nie będzie. Tempo, w jakim nabywamy odporności populacyjnej, zarówno poprzez zakażenia, jak i szczepienia, gwarantuje, że do końca wakacji powinniśmy osiągnąć poziom 65-70 proc. osób uodpornionych, co radykalnie zmniejszy transmisję wirusa. Zakładam też, że podobnie jak w przypadku innych, wcześniejszych epidemii, wirus będzie mutował w kierunku mniejszej zjadliwości. Najbliższa jesień zdecydowanie powinna należeć do nas, a nie do wirusa.

Nie zawsze szpitale chcą się przekształcać w covidowe, często bronią się przed tym lekarze…

Może mam takie szczęście, że dysponuję kadrą medyczną, która stanęła na wysokości zadania. Mimo że jesteśmy bardzo przeciążeni pracą, do incydentalnych należą sytuacje, aby personel odmówił włączenia się w różnego typu działania związane z zabezpieczeniem potrzeb medycznych zarówno chorych z COVID-19, jak i grupy pacjentów niezakażonych. Mam wrażenie, że sytuacja ograniczonego zaangażowania personelu medycznego, o jakiej pani wspomina, jest po części spowodowana brakiem właściwej oceny sytuacji, reakcji środowiska na to, co wydarzyło się podczas pierwszej – wiosennej fali zakażeń. Masowe ograniczenia w dostępie pacjentów do systemu, zwłaszcza jego podstawowego poziomu, szybko zostały usprawiedliwione okolicznościami i zracjonalizowane w przekazie publicznym. Nie wyciągnięto z tej sytuacji żadnych wniosków. Unikano rzetelnych, otwartych dyskusji na ten temat, w rezultacie czego odstąpiono od systemowych działań chroniących chorych przed powtórką tego typu działań. Dalej poszło już zgodnie z zasadą: problem nie rozwiązany utrwala się, staje się normą, w tym przypadku normą postaw i zachowań, których skutki wracają do nas właśnie dziś.

Dziś w Polsce jest ok. 1,5 mln osób zakażonych koronawirusem, pozostałe 36 mln to osoby, które wymagają dostępu do systemu ochrony zdrowia oferującego zakres świadczeń medycznych odpowiedni do ich potrzeb. WIM ten dostęp zapewnia: mamy centrum urazowe, leczymy zawały, udary, urazy wielonarządowe, chronimy społeczeństwo przed pośrednim, nieporównywalnie gorszym niż liczba zgonów spowodowanych zakażeniem SARS-CoV-2 skutkiem epidemii, jakim jest ograniczony dostęp chorych do systemu ochrony zdrowia. Nawet jeśli dobowe liczby zgonów z powodu COVID-19 robią wrażenie, to pamiętajmy, że dziennie przed epidemią umierało ok. 1200 osób, a epidemia liczbę zgonów nadmiarowych pozostających bez związku z zakażeniem koronawirusem zwiększyła o dodatkowe 30%.

Od początku epidemii nie było ani jednego dnia, kiedy ograniczyliśmy podstawową działalność medyczną. Pracujemy tak samo intensywnie jak przed epidemią, z tą różnicą, że aktualnie robimy to w warunkach podwyższonego reżimu sanitarnego. Udzielamy pomocy pacjentom covidowym i nie-covidowym. Wykonaliśmy 100 proc. kontraktu z NFZ za 2020 rok, hospitalizując ok. 65 tys. chorych. To jest prawdziwa miara zaangażowania WIM w walkę z epidemią, nie wyraża się ona jedynie aktywnością na froncie zakaźnym. Mądrość tej walki wyraża się tym, że system ochrony zdrowia jest dostępny dla wszystkich. W równym stopniu zabezpiecza potrzeby zdrowotne chorych niezależnie od ich statusu epidemicznego, albowiem każda choroba okalecza fizycznie i psychicznie, bez wyjątku więc powinna być w obszarze zainteresowania systemu ochrony zdrowia. Z perspektywy WIM przykładów poświadczających trafność takiego działania jest wiele. Co miesiąc leczymy interwencyjnie ok. 180 chorych z zawałem serca, 80 z udarem mózgu. Każdego tygodnia podejmujemy 560 interwencji ratujących życie: tylu pacjentów trafia do WIM poprzez system państwowego ratownictwa medycznego w stanie zagrożenia życia.

Źródło: DoRzeczy.pl
+
 19
Czytaj także